Wywiad z kapelanem

Do posługi kapelana przygotowało mnie życie

Praca w szpitalu uświadomiła mi, że zdrowie nie jest celem najwyższym. Kiedyś słyszałem o przypadku cudownego uzdrowienia człowieka, który miał problemy z kręgosłupem. Odstawił kule, ale nie do końca odmieniło to jego życie. Po kilku latach zapił się na śmierć. Cudowne uzdrowienie niewiele wniosło w jego egzystencję.

Z ojcem Krzysztofem Juzbą OFMCap, kapelanem Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Bytomiu rozmawiają Małgorzata Żebrowska i Robert Krawiec OFMCap.

Dlaczego ludzie cierpią?

Każdy człowiek staje w życiu przed tym pytaniem i każdy przeżywająca swoje cierpienie, dojrzewa do jego zrozumienia. Nie ma jednak na nie prostej odpowiedzi. Cierpienie jest tajemnicą. Widok ludzi udręczonych chorobą, wyrwanych z wiru codziennych obowiązków, źle przyjmujących cierpienie – zamiast odpowiedzi rodzi pytania: Dlaczego? Jaki sens ma choroba? Czy to najlepszy moment na takie doświadczenie?
Poszukiwanie sensu cierpienia w perspektywie wiary w Boga przybliża do poznania odpowiedzi na nie. Najpełniejsze wyjaśnienie tajemnicy cierpienia dał nam Pan Jezus. On przyjął ludzki los oraz wszystko, co się z nim wiąże: radości i cierpienia – w ten sposób wypełnił wolę Ojca. Myślę, że odpowiedź na pytanie o sens cierpienia wiąże się z szukaniem i pełnieniem woli Bożej w naszym życiu.
Czy można powiedzieć, że cierpienie jest karą za grzech?
Niektórzy pacjenci tak je postrzegają; szczególnie na początku swojej choroby. Uważają, że w życiu zawinili i teraz Pan Bóg ich karze. Wiąże się to z zafałszowanym obrazem Boga, który niejako czyha na człowieka, żeby go ukarać. za popełnione grzechy. Takie myślenie jest spłyconym, niepełnym rozumieniem natury cierpienia. Na pewno może być zadośćuczynieniem za grzechy moje lub bliźnich. Ostatecznie jednak cierpienie jest o wiele głębszym doświadczeniem, którego do końca nie da się zrozumieć.
Pracując w szpitalu, obserwuję, jak u ludzi chorych dokonuje się przemiana, dojrzewanie, przewartościowanie w patrzeniu na świat i na drugiego człowieka. Cierpienie jest nie tyle drogą człowieka do Boga postrzeganego jako plaster kojący na różnego rodzaju bóle i choroby, co raczej – próbą dotarcia Boga do człowieka, któremu przez to trudne doświadczenie Zbawca pragnie ukazać, co tak naprawdę w życiu.jest ważne. To bez wątpienia próba człowieczeństwa, sprawdzian dojrzałości w rozumieniu i przeżywaniu życia.
Jak pogodzić fakt konkretnej choroby i cierpienia z teologiczną prawdą, że Bóg kocha człowieka, że kocha mnie?
Do tego konieczna jest dojrzałość w patrzeniu na życie. Trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie: Czy życie jest moją własnością, a zatem czy mam prawo dysponować nim według własnej woli, czy też powinienem przyjmować to, co daje Bóg?
Kiedy człowiek ma świadomość, że wszystko, co posiada, zostało mu darowane – jak mówi ksiądz Twardowski – wtedy łatwiej dostrzega działanie Bożej Opatrzności, nawet mimo, że czasami Bóg bardzo wiele od niego wymaga. Na pewno w takiej sytuacji nie można nie zadawać sobie pytań: Dlaczego mnie to spotyka? Dlaczego muszę zostawić tych, których kocham? Jednak dzięki wierze możliwa jest akceptacja tego stanu.
Czy łatwo powiedzieć człowiekowi, który cierpi, że Pan Bóg go kocha? Czy tę prawdę w ogóle można w takiej sytuacji przekazać?
Na pewno do tego powinien zmierzać cały wysiłek troski duchowej o chorego. Jednym można powiedzieć to bezpośrednio, ponieważ oczekują tych słów, a do innych trzeba docierać stopniowo. Zdarzają się i tacy, którzy mimo wyczuwalnej potrzeby usłyszenia takiego pocieszenia, samego pytania nie zadają. Wtedy ważna jest sama postawa, jaką się przyjmuje w służbie choremu. Ona bardziej przemawia aniżeli najstaranniej dobrane słowa.
Trzeba uszanować człowieka i etap, który właśnie przechodzi. Czasami trudno mówić o miłości Boga w momencie, gdy dany człowiek buntuje się, walczy ze swoją chorobą, nie zgadza się na nią; łatwiej, kiedy cierpiący widzi, że jest to droga, którą Bóg do niego przychodzi.
Gdzie człowiek dotknięty chorobą powinien szukać pomocy?
Często ludziom wydaje się, że zostały do tego powołane specjalne instytucje, które powinny pomagać w sposób profesjonalny; chodzi np. o pracowników służby zdrowia, kapelanów, wolontariuszy. Jednak o chorego przede wszystkim powinni troszczyć się najbliżsi, a dopiero później wyspecjalizowane placówki. Kiedyś w rodzinach wielopokoleniowych nie było z tym problemu. W takich rodzinach widziało się i narodziny dziecka, i starszych ludzi dojrzewających do tego, żeby odejść do wieczności. Teraz istnieje rozbicie pokoleniowe… Najprościej jest oddać chorych i starych do szpitala czy domu opieki, ponieważ tam jest fachowa pomoc.
Niedawno byłem z posługą duszpasterską u pewnej babci, która zapytała mnie, czy Kościół nie prowadzi jakiejś instytucji zajmującej się starszymi osobami, jakiegoś domu starców, ponieważ ona czuje się ciężarem dla najbliższej rodziny. A przecież owa babcia to raczej wyzwanie dla najbliższych – opieka nad nią jest możliwością spłacenia długu miłości, który najbliżsi wobec niej zaciągnęli.
Jakie etapy można wyróżnić w życiu psychicznym i duchowym człowieka chorego?
Już w latach 60. XX wieku zdefiniowano etapy, przez jakie przechodzi duża część pacjentów zmagających się z nieuleczalną chorobą. Elisabeth Kűbler-Ross wyróżnia ich pięć. Pierwszy ma miejsce, gdy człowiek dowiaduje się o swojej chorobie, nie akceptuje jej i szuka informacji, które zaprzeczą jej istnieniu. Następnie w chorym rodzi się gniew. Często słyszę, że człowiek starał się żyć dobrze, trwając na drodze Bożych przykazań, a jednak dotknęło go nie zasłużone cierpienie. Kiedy dana osoba oswoi się już w wiadomością o nieuleczalności swojej choroby, wówczas targuje się (z Bogiem lub lekarzem) o każdy rok życia, każdy miesiąc, każdy dzień, w zamian za ofiarę ze swej strony. Kolejnym etapem jest depresja – alienacja – zrywanie więzi emocjonalnych z otoczeniem. W ostatniej fazie następuje pogodzenie się z tym bolesnym faktem. Nie zawsze jednak wspomniane etapy zmagania się z nieuleczalną chorobą można odnieść do każdego chorego.
Dlaczego niektórzy ludzie, przechodząc te etapy, dojrzewają do przyjęcia cierpienia, a innych ono wyniszcza, wydaje się dla nich bezużyteczne?
Duże znaczenie ma tu dojrzałość człowieka, tak na płaszczyźnie czysto ludzkiej, jak i duchowej. Człowiek może przyjąć różne postawy wobec tego, co go spotyka. Według pewnej metafory Nietzschego, żeglarze, widząc nadchodzącą burzę, albo przygotowują się, napinają żagle i walczą ze sztormem, albo je zwijają, aby cicho i bezradnie przeżyć to doświadczenie. Podobnie jest z cierpieniem. Dla jednych stanowi ono wyzwanie, podczas gdy inni nie podejmują walki.
Spojrzenie na doświadczenie cierpienia w świetle wiary wnosi w życie ludzi chorych coś bardzo pozytywnego – nadzieję dającą siłę do walki o zdrowie i życie. Pod wpływem choroby może też dokonać się przemiana serca, nawrócenie.
Czy zna Brat przypadki takiego radykalnego zwrócenia się do Pana Boga osoby, która wcześniej była od Niego daleko?
W swojej pracy często spotykam takie osoby. Najbardziej uwidacznia się to w sakramencie pojednania. Ludzie, często po wielu latach przerwy, przystępują do spowiedzi tylko dlatego, że znaleźli się w szpitalu. Czas zatrzymania się w codziennym biegu daje im możliwość pełniejszego wglądnięcia w swoje życie. Ci ludzie przeżywają bardzo głębokie spowiedzi, które bywają początkiem ich uzdrowienia, niekoniecznie fizycznego. Na doświadczenie uzdrowienia trzeba bowiem spojrzeć w szerszym kontekście – nie tylko z perspektywy zdrowia fizycznego, ale też zdrowia duchowego. Tego uczył Pan Jezus, gdy przy uzdrowieniu człowieka pamiętał o odpuszczeniu mu grzechów.
Czy w szpitalu istnieje miejsce na charyzmat uzdrawiania?
Na pewno jest on jedną z misji Kościoła, ale niestety w dzisiejszej rzeczywistości nieco zapomnianą. Staram się raz w tygodniu (obecnie w niedzielę, kiedy do kaplicy przychodzi najwięcej osób) celebrować w szpitalu nabożeństwo dla ludzi chorych, w trakcie którego modlę się o uzdrowienie i udzielam sakramentu namaszczenia.
Kładę nacisk na to, by przeżywano go w sposób świadomy. Nie należy bowiem pojmować go jako magicznej praktyki, ale widzieć w nim spotkanie z Chrystusem, który pochyla się nad człowiekiem, aby go umocnić, uzdrowić, podźwignąć – dać siłę do godnego przeżywania cierpienia. Taką pomoc Kościół niesie chorym, by mogli doświadczać Bożego pokoju.
Czyli pierwszą pomocą, jaką powinniśmy dawać choremu, jest nadzieja na wyzdrowienie?
Tak jak życie wiary zakłada pewien rozwój – tak samo jest i z nadzieją. Po etapie nadziei doczesnej – człowiek ufa, że terapia będzie skuteczna, że wyzdrowieje – przychodzi czas rozważania choroby w kontekście całego swojego życia i powołania. Wtedy człowiek otwiera się na nadzieję w sensie szerszym, widzi perspektywę życia wiecznego. Wiąże się to ze stopniowym przyjmowaniem cierpienia jako krzyża. Trudno o tym mówić w początkowej fazie choroby, kiedy zostało się wyrwanym z domu, odciągniętym od codziennych obowiązków.
Jak zachować się w przypadku, gdy zaczyna brakować nadziei na wyzdrowienie: mówić bolesną prawdę czy zwodzić?
Na pewno nie wolno okłamywać ani podsycać próżnej nadziei. Czasami chory dojrzał już do tego, żeby odejść, a najbliżsi za wszelką cenę wiążą go z życiem. Pamiętam taką sytuację ze szpitala onkologicznego w Krakowie. Na radioterapii leżał młody, dwudziestokilkuletni umierający chłopak. Leczenie nie wchodziło już w grę, pozostawało tylko uśmierzanie bólu i podtrzymywanie podstawowych czynności życiowych. Jednak dziewczyna tego chłopaka ciągle rozbudzała w nim nadzieję. Mówiła, że musi walczyć, że jest jej potrzebny. I on w pewnym momencie powiedział jej, żeby go zostawiła, bo chce już odejść. Już do tego dojrzał. Trzeba pogodzić się z tym, że ludzie odchodzą, pogodzić się z wyrokami Tego, który daje życie. Trzeba umieć wczytać się w drugiego człowieka, aby wiedzieć, czy jest gotowy na przyjęcie śmierci, czy też pragnie nadziei.
Praca w szpitalu uświadomiła mi, że zdrowie nie jest celem najwyższym. Kiedyś słyszałem o przypadku cudownego uzdrowienia na Jasnej Górze człowieka, który miał problemy z kręgosłupem. Odstawił kule, ale nie do końca odmieniło to jego życie. Po kilku latach zapił się na śmierć. Cudowne uzdrowienie niewiele wniosło w jego egzystencję.
Dla mnie najlepszym dowodem uzdrowienia człowieka jest jego pojednanie się z Bogiem w sakramencie spowiedzi. Początek uzdrowienia to moment, gdy człowiek przestaje postrzegać chorobę jak osaczającego wroga, więcej, akceptuje to doświadczenie, widząc w nim działanie Jezusa, który w taki sposób prowadzi go przez życie.
A zatem istotne jest jedynie zdrowie duchowe?
Istotne jest uzdrowienie integralne. To, czy w danym momencie będzie dla mnie dobre uzdrowienie fizyczne, czy chodzi o przemianę duchową, jest sprawą woli Bożej. W końcu w perspektywie ostatecznej każdy z nas będzie musiał odejść. Pan Jezus, pełniąc swoją misję na ziemi, nie uzdrowił przecież wszystkich.
Czy istnieją modlitwy albo praktyki pobożne, które w życiu osoby chorej mogą przynieść szczególne owoce?
Raczej nie próbowałbym podsuwać ludziom jakichś cudownych modlitw. Najważniejsze jest – i o to staram się szczególnie – żeby swoje doświadczenie choroby przeżywali w zjednoczeniu z Jezusem podczas Mszy Świętej, kiedy Jezus, ofiarując się za człowieka, wzywa go, aby i swoje życie składał w ofierze. To najpiękniejsza modlitwa!
Jak doszło do tego, że pełni Brat posługę kapelana?
Przygotowywało mnie do tego życie. Ze światem ludzi chorych i z cierpieniem pierwszy raz w pełni świadomie zetknąłem się na początku moich studiów w seminarium. Po pierwszym roku  pomagałem w prowadzeniu rekolekcji dla niepełnosprawnych, które były organizowane w Niepołomicach. Potem przez trzy lata jeździłem tam z innymi zakonnikami.
W trakcie studiów sam zachorowałem. Choroba, z którą muszę zmagać się do końca życia, sprawiła, że z czasem dojrzałem do przyjęcia posługi kapelana. Wyraziłem tę wolę moim przełożonym i tuż po święceniach kapłańskich mogłem zacząć ją realizować: najpierw w Świętokrzyskim Instytucie Onkologii w Kielcach, gdzie w razie potrzeby zastępowałem kapelana, później przez trzy lata pracowałem w Instytucie Onkologii w Krakowie, a teraz – w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym nr 4 w Bytomiu.
Na czym konkretnie polega posługa kapelana?
Odwiedzam chorych w godzinach popołudniowych, kiedy są już w miarę odciążeni od różnego rodzaju badań czy zajęć terapeutycznych. Codziennie odprawiam Mszę Świętą i spowiadam – potem jest czas na rozmowę.
Co zmieniło się w Brata życiu od momentu podjęcia pracy z chorymi na co dzień?
Styczność ze światem cierpienia i śmierci uczy mnie pokory wobec życia. Daje mi też świadomość, że cierpienie, tak samo jak radość, wpisane jest w los człowieka. Zmusza do refleksji nad miejscem tego doświadczenia w moim życiu. Obcowanie z cierpieniem  uwidacznia bezradność wobec niego – nie mamy wiele do ofiarowania osobie cierpiącej. W takiej sytuacji możemy tylko być przy niej, ponieważ ona najbardziej potrzebuje naszej obecności.
Kontakt z chorymi uczy mnie dużej wrażliwości na człowieka. Uczy wsłuchiwania się w jego najdrobniejsze pragnienia. Czasami dla kogoś ważny jest jakiś szczegół, który dla mnie nie ma znaczenia. Innej osobie wystarczy, że obiecam modlitwę w jej intencji albo zdobędę obrazek z określoną modlitwą – to czyni go bardziej szczęśliwym. Można też obiecać modlitwę wstawienniczą oraz roztoczyć opiekę nad rodziną chorego. Często zdarza się bowiem, że pogodzenie się z chorobą najbliższej osoby – zwłaszcza jeśli jest ona młoda i cierpi niezasłużenie – jest trudniejsze od przyjęcia osobistego cierpienia. Mówił o tym Henryk Elzenberg: „Musimy się nauczyć i to znosić, że ktoś dźwiga swój krzyż, a nie możemy mu ulżyć”.
Szczególnie cenię sobie doświadczenie ludzi starszych, ponieważ przez nich przemawia głęboka mądrość życiowa. Osobą, która uczy mnie odwagi życia zgodnego z wyznawanymi wartościami, jest pani Leontyna z Krakowa. Podczas okupacji mimo zakazu dostarczała  żywność Żydom z getta warszawskiego. Nie wiedziała, czy dojdzie do muru z zakupionym chlebem, czy któryś z żandarmów nie strzeli jej w plecy. Widząc jednak cierpienie prześladowanych, nie bała się.
Czy szpital bywa miejscem odważnego znoszenia cierpienia?
Bywa różnie. Człowiek wszystkiego musi się nauczyć. Pacjenci dojrzali duchowo dają wymowne świadectwo męstwa. Jestem zbudowany postawą wielu z nich. Pamiętam panią Lidię ze szpitala w Bytomiu, która przez wiele miesięcy leżała przykuta do łóżka. Kiedyś spotkałem ją taką szczęśliwą, uśmiechniętą. Gdy zapytałem, czy to z powodu wypisu, ona odpowiedziała, że wychodzi do zakładu opiekuńczo-leczniczego, bo do siebie nie może już wrócić, gdyż nie będzie tam dla niej odpowiednich warunków (miała złamany kręgosłup i nie mogła poruszać się o własnych siłach). Dodała przy tym, że cieszy się i dziękuje Bogu za to, co ma, choć jest w takiej sytuacji. Pani Lidia już odeszła. Swoją chorobę ofiarowała za kogoś, kogo kochała. Widziała, że ta ofiara była mu potrzebna.
Czego Brat chciałby życzyć cierpiącym?
Przede wszystkim, żeby nie tracili wiary w Boga i oswoili się z myślą, że każdy jest Jego dzieckiem, Jego własnością. Aby cierpienie, które często niezależnie od nas pojawia się w naszym życiu, przyjęli w wolności, mając na uwadze słowa księdza Twardowskiego: „Podziękuj za cierpienie. Czy umiesz, czy nie umiesz, bez niego nigdy nie wiesz, ile kosztuje miłość”.

„Głos Ojca Pio” [30/6/2004]